sobota, 09 stycznia 2010
Jest dobrze:)
Teraz wiem, co mozna robic w metrze z duzym powodzeniem. To sie udziela! Smiech jest zbawienny i leczniczy jak wiadomo. Kiedys napisalam cos na ten temat i jesli znajde to zlinkuje z tym wpisem - mysle, czuje i wrecz jestem pewna, ze w smiechu tkwi jakas tajemnica. To klucz, drzwi do jakiegos wymiaru. Jestem pewna, ze smiech ma wiekszy potencjal niz to juz do tej pory stwierdzono. Jestem pewna - powtarzam z naciskiem - ze tak jest. Moze to dlatego, ze podczas smiechu jestesmy tylko w teraz a umysl nie produkuje niczego, zadnych smieci, zadnych przemyslen o tym i o tamtym. Ile z tego jest zwyklym mieleniem i przlewaniem z pustego w prozne...tak na marginesie. W momencie gdy cialo sie smieje i targaja nami spazmatyczne raz po raz wstrzasajace cialem skurcze cos katapultuje nas w przestrzen zwana TERAZ i nie mamy wrecz wyboru jestesmy w centrum naszej rzeczywistosci, to jest to! To wszystko jest tak wspaniale, uwalniajace, lekkie, ze nawet kiedy juz mija bezposrednia przyczyna naszego napadu smiechu (bo o takim mowie) jestesmy sklonni robic to dalej, kontynuowac ten rytual i poddawac sie dynamice tego fenomenalnego zjawiska jakiego jestesmy uczestnikiem, swiadkiem, wykonawca...Jestem za kazdym razem zafascynowana energia smiechu. Smiech roztacza aure pewnosci - oparta na niczym - smiech wywoluje cudowne uczucie beztroski, ktore u wielu egzystuje tylko we wspomnieniach z dziecinstwa... Wlasnie uzylam slowa - niczym - i zlapalam sie na tym, ze uwazam to slowo za kwintesencje - w niczym jest zawarte wszystko. Moze to jakis rodzaj percepcji, ktora osiagam o 2.50 i to ona sklania mnie do pisania czegos takiego...ok. to tyle na dzisiejsza noc. Jesli cos mi wpadnie do glowy na temat smiechu musze to koniecznie tu uzupelnic, czuje sie za to odpowiedzialna, tak nagle jakos czuje. Moze to jest moje powolanie - zglebiac nature smiechu i przez nia dojsc do odkryc dalszych, uniwersalnych, frapujacych;) Zobaczymy.
piątek, 18 września 2009
Wszechogarniajaca milosc
Jechala jak zawsze kazdego dnia. Sluchala muzyki. Sluchala jej i patrzyla na otaczajacy ja podziemny swiat. Ludzie jak ludzie i wszystko na pozor bez zmian. A jednak wydarzylo sie cos dziwnego. Nagle spostrzegla, ze zmienia sie jej sposob spostrzegania tego otoczenia. Muzyka robila swoje. Muzyka, ktorej zawsze uzywala jak intensyfikator wszystkiego co jest. Zawsze zdawala sobie sprawe jaka sile ma jej czar, jak bardzo gleboko dociera. Tak! To byla muzyka - spostrzezenie to wywolalo w niej zauroczenie tematem, jakis rodzaj wewnetrznej ekstazy, ktorej nie mogla nawet zartykulowac - nie w tym momencie -, choc cos w niej chcialo juz krzyczec i wariowac pod wplywem impulsu - a bylo to naprawde mocne uczucie. Duszac w sobie jego przyplyw i efekt starala sie zachowywac zupelnie normalnie. Nie pokazywac, jak ja to bierze - zeby nie zwrocic na siebie nie potrzebnej uwagi - nie potrzebowala jej ze strony innych. Nie teraz, kiedy chciala rozkoszowac sie TYM STANEM. Byla nim oszolomiona. Czula sie jak w transie. Byla centrum - jak dotad - ale fokus nie byl w niej, tylko wszedzie. Ten fokus, ktory czasem wydawal sie juz nawet meczacy...Teraz bylo tak, ze zapominajac o sobie o swoim ciele, sercu i innych organach poczula sie jakby nie istniala - a przy tym jednoczesnie poczula sie intensywniej niz kiedykolwiek przedtem. To jakas ambiwalencja...chyba nie...tak ma byc. Zatracila sie w tym. Tak ma byc. I fantazjowala...Wyobrazala sobie, ze ta wielka, piekna muzyka, bedaca w duzej czesci odpowiedzialna za ten stan umyslu, ducha i wszystkiego co tylko, ze ona wlasnie na jej zyczenie nagle raz po raz rozbrzmiewa oto w odpowiednich momentach na glos, tak glosno, ze ludzie byliby sklonni uznac to za jakis akustyczny fenomen. Takie podkrecanie atmosfery, raz po raz. I wszyscy mogliby doznac tego, co sama czula. Chciala im to dac. Przekazac jakos czesc tej ekstazy. Targaly nia uczucia na pograniczu mani wielkosci i nieopisanej wszechogarniajacej milosci. W jednej sekundzie otoczyla nia wszystkich znajomych, cala rodzine - kazdego z osobna z osobistymi dedykacjami+spelnieniem znanych jej zyczen tychze. Bylo tego duzo a z kazdym wymienionym w niej imieniem czula polaczenia i czulosc radosna, ktora sprawiala, ze uczucia te przepelnialy ja i wydawalo sie, ze splywaja z niej w nadmiarze jakim sie pojawialy - splywaly z jej rak i ulatnialy sie przez stopy. Gdzies musialy. W tym stanie doszla do swojego miejsca pracy gdzie wyjela z uszu sluchawki (Panasonic) i zajela sie praca. Czula sie znowu jak bogini, czula sie tak, jak lubila najbardziej.
sobota, 22 sierpnia 2009
Walka
Siedze sobie. Jest ok, czytam ksiazke, jest spokojnie. Nagle do wagonu wchodzi dwoch typow. Jeden wytatuowany pod sama brode, drugi krzykliwy o pijaczkowato narkotykowym wygladzie. Wchodzi glosno zwracajac na siebie uwage. Odraza mnie z lekka. Jakby nie bylo innego wolnego miejsca siada na przeciw mnie. Jest tak ciasno, on jakis duzy ze obserwuje jak nachylajac sie by spoczac jego wisiorek przejezdza mi po srodku ksiazki. Jak zahipnotyzowana obserwuje ta jazde wisiorka po kartkach. Potem odbieram jak w zwolnionym tempie jak bucior milego pana ociera mi sie o moje czarne leginsy. Nie myslac a reagujac krzycze patrzac mu agresywnie w srodek oczu "To sa moje rajstopy", wsciekle opuszczam swoje miejsce i ustawiam sie przy drzwiach do wyjscia - wysiadam na szczescie tak czy owak. Facet jest oburzony moja reakcja. "Czemu tak agresywnie?" itd. a potem "Rajstopy sa i tak czarne" a w koncu demaskujac sie do konca (nie musial) "Jakbym chcial, moglbym je obrzygac" - triumfujac patrze na niego "Wlasnie tak wygladasz!". Ku mojemu zaskoczeniu facet nie wie co ma powiedziec natomiast jego kumpel wydziera sie na niego "Zamknij ryja, przepros ta pania!". Co tez w koncu grzeczny kolega robi. "Przepraszam..." Jestem troche zdziwiona obrotem wydarzen. Spodziewalam sie wlasciwie, ze zostanie przy tej nad wyraz milej wymianie zdan. A tu taki nieoczekiwany obrot. Atakujacy mnie gosc nie spodziewal sie mojej reakcji. Na ogol ludzie omijaja z daleka takich typow lub daja sie zagadywac dla swietego spokoju, nie majac na to wyszystko najmniejszej ochoty. Czesto to widzialam. W u-bahnach roi sie od takich scenek. Wzbudzaly we mnie mieszane reakcje. Czasami tak jak dzis jest to jakas wscieklosc na brak wyczucia, chamstwo, smrod, bezpardonowosc z jaka dzialaja. Polswiatek, neuroza, stagnacja, ograniczenia. Postanowilam reagowac na to wedlug swojego nastroju i intuicji. Wiem jak jest, znam podloze ale mimo to musze w tym wszystkim pozostac wierna temu, co czuje. Kazdy przypadek jest inny.
sobota, 06 czerwca 2009
Nie jestem smarkula
Jest jakos tak, ze chyba weszlam powoli acz dla siebie nie tak dotkliwie zauwazalnie w wiek, ktory nazwalabym statecznym. Sama nie wiem czy to dobre slowo ale przyjaciolka, ktora wlasnie na dniach skonczy 40 lat okresla to mianem "w koncu nie jestem smarkula" - to na pewno nie. To jest tak, ze przestajesz czuc sie jak obiekt pozadania (choc nadal nim jestes i o tym wiesz) i mimo tej sprzecznosci jest jakos lzej, luzniej, relaxed. Jest milo. Jest dobrze. Nikt nie dyszy na ramieniu, nikt nie robi dziwnych uwag. Wyobrazam sobie, ze okres starosci (do niej jeszcze troche czasu) -o ile nie drecza jakies chroby i fobie -moze byc jakims spotegowaiem tego stanu odprezenia. Bez presji - nie musisz ladnie wygladac, nie musisz wlasciwie nic, mozesz byc jaki jestes. Bez tego calego obarczania sie sztucznosciami i innym zbednosciami. Bez balastu. Bez idiotycznych staran. W sumie im szybciej wejdziesz na ten kanal tym lepiej. Obojetnie w jakim wieku. Nie chodzi o kompletne olewanie, chodzi o luz. Pod ziemia lepiej sie jezdzi w tym stanie.
piątek, 20 lutego 2009
Neurozy
Siedze w metrze na przeciwko mnie facet ok. 6o i kobieta moze 50 letnia. Przecietnie wygladajacy, przecietnie ubrani. On przepasany przez srodek jakims paskiem (nie lubie paskow w plaszczach i kurtkach, tak samo jak duzych guzikow) siedzi i patrzy na mnie od czasu do czasu. Bez jaja, bez sensu. Z daleka widze mlodego nieciekawego faceta, ktory mysli pewno, ze na niego patrze a to pomylka, bo czytam tylko jakis plakat nad jego glowa... Baba najpierw unaufällig (czesto to slowo uzywane jest w psychologii, jako okreslenie objawow...zauwazalne lub nie)potem robi sie dziwna. Po paru stacjach facet wysiada a pani zaczyna stroic miny. Takie miny ktore mowia “phi...mysli ze jest jakas wyjatkowa, lepsza czy jak, smieszne..” usmieszki “madrosci” plasaja po jej twarzy, takie w ktorych ona sama jest super a inni idiotami. Sama sobie przeczy...nieswiadoma. Nie wiem co jej odbilo, to bylo przykre i nie przyjemne do ogladania. Kapletny wyglup. To tez i przestalam to ogladac choc krotko mialam ochote ja zagadac i zapytac co ja trapi. Stwierdzilam po wewnetrzynch dialogach, ze to bez sensu. Takie prowokujace ale nic nie przynoszace. Olac. Wstalam w celu opuszczenia wagonu. Spojrzalam w prawo a tam siedzial facet o wygladzie Don Kichota ktory swoim nawiedzonym usmieszkiem raczyl swoich towarzyszy podrozy...gadal cos przy tym teatralnie i produkowal sie niezmiernie. Bosz, pomyslalam niezle sie zaczyna... Malo tego. Na schodach ruchomych stacji Jungfernstieg minelam przystojnego faceta, ktory usmiechnal sie do mnie.. a nastepnie zaczal cos mamrotac jakby i jemu odbijalo – czy to sie udziela ????
sobota, 10 stycznia 2009
Twarze bogow
Znowu ten facet. Znowu jego spojrzenia. Wciaz te same. Mlody, muskularny. Mulat. Na Murzyna za jasny. Zapewne trenuje, bo targa ze soba zawsze torbe, ktora tak identyfikuje. To typ faceta, ktory jest dumny ze swoich okazalych muskulow I jestem pewna, ze oglada je czesto z roznych perspektyw w lustrze. Zreszta nie tylko muskuly…W sumie nic takiego. Kazdy sie oglada, tak czy inaczej. Kazdy ma prawo. Widuje go czesto w metrze. Ustawia sie w wygodnym do obserwacji miejscu i oddaje sie kontemplacji mojej osoby. Musze znoscic to jego patrzenie sie. Robi to dlugo i bez zbednych przerw na patrzenie w innym kierunku, tak, jak robia to prawie wszyscy, ktorzy patrza. Nigdy nie patrza bez przerw, nie chca byc na ogol zauwazeni. Nie do konca. Niektorzy robia to ukradkiem. Znad gazety od czasu do czasu. Patrza najpierw gdzies indziej a potem szybko ale intensywnie na mnie i szybko znowu do gazety. Ten nie. On jest inny. Jest zdecydowany. W pewnym stopniu nachalny. Ale to brzydkie slowo. Nie ma nic posredniego? Nachalny to cham – on nie jest na tym etapie. To u niego rodzaj niepodzielniej uwagi, ktora mnie raczy. Myslalam dzis o tym zachowaniu. Dlaczego tak prostolinijnie, tak bez ogrodek…/kazdy jest inny, moze sie patrzec gdzie chce i ile chce./ Bylby dobrym ochroniarzem albo jakims bramkarzem, taki typ. Twarz nie taka tepa jak oni, raczej jakas azjatycko-drapiezna z wyrazem pogodnego „tak“ na zycie. Ale nie tepa. Zeby go calkowicie zignorowac musialby miec wlasnie taka twarz – jego wykazuje pewien rodzaj inteligencji, moze nawet…zagadke. Jest uparty. W sumie cenie ta ceche…;) Jestem jednak prawie pewna, ze nie mialby mi nic ciekawego do powiedzenia. Oprocz swojej powierzchownosci – ktora moze w jego oczach jest gigantyczna, wspaniala i imponujaca – nie ma nic, co jest dla mnie ciekawe. Dziwie sie, ze wlasnie taki typ wybiera sobie wlasnie mnie do ogladania. Chyba go niedlugo o to zapytam…Albo lepiej nie. Niemieccy mezczyzni sa wymieszani. Kobiety tez. W u-bahnach jezdza przedstawiciele wszystkich krajow swiata, wszystkich ras i wyznan. Dzis slyszalam jak jakis maly muzulmanin z pokazna broda (a moze to byl zyd) mowil przez telefon „ dzis wielu braci poscilo“. Czasem metro wydaje mi sie magicznym miejscem spotkan wszystkich kultur w takim codziennym rytuale zwanym jazda. Jakims symbolicznym wyrazie tego. Raz na pare lat widze jakies objawienie. Czuje boskosc. Od tego nie ma ratunku i ucieczki. To rzadkosc. Ale zdarza sie. Na ogol wsrod jednak duzo mlodszych facetow. Moze to przypadek. Poza tym sa to malo interesujace typy. Nie porywaja swoja charyzma. Moze ci co porywaja nie jezdza metrem...Dzis widzialam bardzo fajnego faceta o urodzie De Niro, te oczy i usmiech. Lubie ten typ urody. Moze nawet dlatego, ze przypomina mi mojego ojca. Starego Wlocha… Ogladamy ciagle jakichs ludzi w tv, na ulicach, w pracy, w sklepach, w klubach, wszedzie…Ludzie nie moga sie nasycic ogladaniem siebie samych w innych. Kobiet , mezczyzn..To jest chyba posrednio szukaniem tej calej boskosci w jej przejawach. Czlowiek jest dla mnie tym przejawem. Inaczej nie moge wytlumaczy sobie tego fenomenu.
wtorek, 03 czerwca 2008
Nawet tutaj jest upal
...jestem zaskoczona wysoka temperatura pod ziemia. To chyba fakt, ze niektore kolejki jada jakis czas nad nia sprawia, ze nie ma tego wspanialego chlodu, ktorego teraz tu oczekuje. Ale coz. W domu jest chlodniutko, wlasnie spadla ulewa i temperatura obnizyla sie gwaltownie do 16 celsjuszow. Jest letnio i pieknie a wokolo mokre, zielone drzewa. Pod ziemia tego nie uswiadczysz...
wtorek, 27 maja 2008
Pasja, tesknota, tetno...
Wedrowalam razem z towarzystwem po raz pierwszy od lat wielu, ktore mieszkam w tym portowym miescie - noca i w dobrym humorze - tunelem. Pod rzeka. Dlugi dosc (426,5 m). Alter Elbtunnel. Stary tunel, jego otwarcie do uzytku bylo w 1911 roku. Historyczna budowla. Tak na marginesie. Porzadna przechadzka tunelikiem. Ciekawe rozmowy.  Atmosfera osobliwa. Ludzie wracajacy/idacy na jakies party. Mlodzi. Starsi. Mlodzi raczej alternatywni, dzicy i weseli. Niektorzy zamysleni. Dwoch grubasow jakichs mlodych Filipinczykow. Spiewalam z siostra jakas piosenke przez nia zaczeta - melodyjka nieistotna ale to echo... - mijajacy nas szeroko usmiechniety mlody czlowiek w zabawnej peruce pozdrawial nas tak, jakby chcial sie dolaczyc. Chetnie bym go wziela do towarzystwa. Winda w dol jechal z nami jakis freak w dziwnym ubraniu, mowiacy cos bez sensu. Troche niebezpieczny. (raz w roku organizowane sa w tunelu ciekawe wystawy) Po wjechaniu na powierzchnie drugiej strony Elby, Hamburga i calej reszty poczulam sie ...inaczej. Robilismy zdjecia. Swiatla przeplywajacych stateczkow plasajace w czarnej wodzie. Piekna druga strona, czulam jakbym odnalazla swoje miejsce, po drugiej stronie rzeki. Stalismy w ciemnosci patrzac na przeplywajace statki i swiatla po drugiej stronie. Bylo cichutko i pusto. Noc. Czulam przyplyw energii. Czulam jak zycie wchodzi w moje cialo i kosci...czulam duzo wiecej. Teraz nie moge zapomniec o tej drugiej stronie i zastanawiam sie dlaczego tak mnie to trzyma. To, ze przed laty tak jak ci mlodzi lecialam gdzies tanczyc w jakims dzikim zamiarze wydobycia z siebie tej esencji. Tej calej tesknoty. Tego, co ukryte i placze i zyje i tetni. Tak zylam bardzo dlugo. Czar nocy. Mojej bogini i przyjaciolki. Dzikosc i niebezpieczenstwo, nieznane tereny, nieznane twarze. Kochalam to nieznane. Dlugo czerpalam z tego energie i inspiracje. Teraz jest jakos spokojniej - sama tak chcialam. Moze niedlugo obudze sie i pojde gdzies w noc, na druga strone...Zycie zaczelo mi ostatnio bardziej smakowac.
Efektywna pomoc
Usiadlam kolo niewidomego z laska. Usadowilam sie zgrabnie w kaciku przy oknie, nie dotykajac nikogo. Facet z laska siedzial bardzo spokojnie kolo mnie. Naprzeciw mloda dziewczyna, moze 18-19-letnia ze sluchawkami w uszach. Moznaby sadziac, ze nic ja nie interesowalo wokol. Siedziala cichutko sluchajac sobie muzyki. Nagle, widzac, ze on zaczyna sie przygotowywac do wyjscia, zaczela mu cos szeptac do ucha i mozna bylo pomyslec, ze go zna, bo mowila tak jakos poufnie. Zrozumialam, ze proponowala mu (dyskretnie i wrecz czule)) pomoc w wysiadaniu, na co pytajacy zgodzil sie glosno i ochoczo. Odpowiedzial jej glosno ale ona nadal bardziej szeptala niz mowila. Tak, jakby nie chciala narazic go na niepotrzebne zwracanie uwagi. Tyle wrazliwosci i doroslosci. Miala w sobie naprawde cos wyjatkowego. To bylo cos w jej twarzy albo w oczach. Albo moze jeszcze glebiej.
środa, 21 listopada 2007
Tlok i scisk
Ze wzgledu na trwajace strajki koleji, doszlo do tego, ze ludzie z S-Banow przesiadaja sie na u-bahny i zapychaja je do ostatka. Dzis rano (9.30) jechalam w pelnym uscisku swoich towarzyszy podrozy. Ale bylo naprawde sympatycznie. A wszystko dlatego, ze bylam odpowiednio nastawiona do rzeczywistosci. Wyjasniam, ze czytam aktualnie genialna ksiazke (pewno istnieje tez jej polskie tlumaczenie) pt. "Gar nichts tun und alles erreichen" tlum.dosl. "Nic nie robic a wszystko osiagnac" autorstwa Werner Ablas (nazwisk nie odmieniam z przekory przez przypadki, bo to fanaberie). Werner poleca m.innymi po prostu kochac kazda sytuacje i siebie w niej. Tylko w sytuacji pelnej akceptacji bez wzgledu na wszystko mozemy zrobic kroczki do przodu na drodze do rozwoju itd. To duze uproszczenie ale nie chce tutaj pisac o ksiazce. Dalej wiec o moim dzisiejszym luksusowym przejezdzie w tloku i scisku. Na twarzy malowal mi sie wszystkowiedzacy, zadufany w sobie usmieszek. Tak podejrzewam...Zartuje, nie prraktykuje tego w takiej formie hehehe... Czulam sie ale na pewno znacznie lepiej bez tej wewnetrznej niecheci do przyznam obiektywnie, niezbyt komfortowej sytuacji, kiedy aury - i nie tylko one - podrozujacych zlewaja sie w jedna, spojna mase a kazdy objaw indywidualnosci nie ma szans bytu. TAK - to jest to! Ciekawe tylko jak dlugo. cdn....
|
|